Wyprawa rowerowa Krzycha 1-4 maja 2008. Polecam!
Dzień pierwszy
Godzina 7.08. wyjeżdżam z domu, chwilę później spotykam LOR udający się na biwak do Wodzieradów. Kopnął mnie zaszczyt bo Głogoś ogłosił wszem i wobec że jestem szalony. Tuż przed wpół do óśmej wreszcie ruszam z Radogoszcza. Droga z Łodzi przez Nowosolną i Wiączyń dziurawa jak powierzchnia Księżyca. O 9.00. zatrzymuję się na śniadanie między Jordanowem, a Koluszkami. Dzisiejsze poranne menu: bułki z jajkami na twardo. Po chwili ruszam w dalszą drogę. Do Tomaszowa Mazowieckiego docieram tuż przed południem. W barze pod parasolem błyskawicznie wypijam 0,5 litra napoju życia (woda, cukier, dwutlenek węgla, karmel, kofeina). Za mną 55 km z Łodzi, do Opoczna zostało ponad 30. Ruszam dalej. Jadę sobie spokojnie i nagle słyszę: cześć. Wiktor (zamieszkały w Tomaszowie) wracał z wycieczki rowerowej wokół jez. Sulejowskiego. Dowiaduję się że do Opoczna jedzie się 2-2,5 godziny… Chyba tyłem! Z przerwą na drugie śniadanie po godzinie i 45 minutach docieram do Opoczna. Fakt że dalej musiałem jechać nieco wolniej bo trochę opadłem z sił, ale były okazje żeby chwilkę odpocząć. Ot choćby mecz ligi prowincjonalnej koło Petrykoz. Kibiców było mniej więcej tylu ilu piłkarzy na boisku. Sędzia za bardzo przepisami się nie przejmował… Uroki wsi. Droga do Końskich mija bardzo szybko, nie wiedząc zupełnie o tym pomyliłem drogę i znalazłem kilkukilometrowy skrót.W Końskich dopada mnie Ramzes… yyy… Kryzys. I to przez duże K. Pierwszy podczas tej wyprawy, odtąd będę go co jakiś czas spotykał na swojej drodze. Pół tabliczki czekolady przekonuje go jednak że tym razem mi nie podskoczy. Pojawił się jeszcze na horyzoncie gdzieś koło Stąporkowa, ale nie podchodził za blisko. W Stąporkowie trafiam na początek Mszy Świętej. Po niej udało mi się załatwić nocleg u księdza… El Dorado: sala parafialna z zapleczem kuchenno-łazienkowym i wersalką to więcej niż się spodziewałem.
Noc pierwsza
Nieco po północy ze snu wyrywa mnie telefon. Cudem przypominam sobie że jestem w miejscu poświęconym i nie wypada mi głośno wyrazić co o tym myślę. Z śmiechów i chichotów dobiegających ze słuchawki wnioskuję że LOR się dobrze bawi.
Dzień drugi
Upierdliwy dźwięk budzika stawia mnie na nogi minutę po szóstej, spoglądam za okno i widzę deszcz, podejmuję decyzję że idę spać dalej. 12 minut później stwierdzam że jestem jednak już wyspany i chcę jechać dalej. Ksiądz wstał gdy kończyłem śniadanie, wcześniej się spakowałem. O 7.40. ruszam do Duraczowa. Po kilkuset metrach wodę deszczową mam już dosłownie wszędzie. Dojeżdżam przemoczony do Duraczowa. Oj troszkę się zmieniło: drogę przecina jakiś strumień, po leśniczówce śladu nie ma, no i trawa po obozie wszędzie juz odrosła. Kilka zdjęć i ruszam dalej. Mokro bardzo więc nie pcham się już w stronę szałasów. Wąskimi wiejskimi drogami docieram do drogi krajowej nr 42. Przed wjazdem na nią zjadam kilka kromek chleba tostowego z nutellą i wypijam puszkę Tigera. Na takim paliwie rakietowym 16 kilometrów do Skarżyska pokonuję w 40 minut. W Skarżysku krótkie zakupy, uzupełnienie płynów i węglowodanów na ławeczce nad zalewem i ruszam do Suchedniowa. Szkoda że na mapie asfalt i żwir wyglądają tak samo… W Suchedniowie kupuję pieczywo i ruszam do Michniowa. Tu wciąż czuć to co stało się ponad 60 lat temu… Wchodzę do mauzoleum gdzie widzę mnóstwo krzyży, myślę: „jeden krzyż - jedna ofiara”. Prawda jest inna - jeden krzyż - jedna spacyfikowana wieś na Kielecczyźnie, w każdej takiej wsi kilkanaście do kilkudziesięciu ofiar - zapłata za partyzantów. Trochę sięgam języka we wsi. Z rozmów wynika że mają żal do partyzantów, że nie zdążyli z pomocą (wg wersji jaką usłyszałem od mieszkańców partyzanci przybyli do wsi dużo później niż to opisano w książkach, w pierwszym wydaniu dziennika Teofila Obary było napisane dlaczego, wydanie to liczyło jedynie 300 egzemplarz, a w kolejnych wydaniach wybielono i ocenzurowano tę historię), żal do historyków i żal do uroczystości na Wykusie, że nie są na nie zapraszani. Z niemieckiej pacyfikacji ostał się jeden dom, dziś już nie istnieje, został zburzony. Bardzo dużo dowiaduję się z rozmowy z panią zarządzającą mauzoleum. Opowiada mi kilka historii. Jedna z nich dotyczy dwóch wsi o podobnie brzmiących nazwach. Niemcy spacyfikowali jedną z nich, wymordowali kilkadziesiąt osób. Okazało się że się pomylili, bo mieli zniszczyć tę drugą. Pojechali więc z przeprosinami do sołtysa i następnie spacyfikowali tę drugą wieś… Wyjeżdżam stąd z postanowieniem że jeszcze tu wrócę i jeszcze raz posłucham historii przeżytych przez tych ludzi. Za Michniowem posilam się nutellą. Kolejny podjazd… a na jego końcu nagroda - wspaniała panorama Gór Świętokrzyskich, doskonały widok na Łysicę i Święty Krzyż. Niemal do samego Bodzentyna mam teraz z górki. W Bodzentynie po półtorej godziny oczekiwania zjadam w barze gołąbki - długie oczekiwanie się opłaciło - gołąbki naprawdę pyszne. Ruszam dalej, pogoda się zmienia co chwilę, na przemian mam nad sobą chmury z deszcze, słońce, czasem występują razem, wtedy towarzyszy im tęcza. Za Nową Słupią kolejny podjazd wymusza doładowanie tym razem Poweradem. Ale za to zjazd jaki następuje po nim, w promieniach słońca zachodzącego nad Świętym Krzyżem, wynagradza wszelkie dotychczasowe trudy. W Łagowie udałem się prosto na plebanię, musiałem jednak poczekać na x. proboszcza. Gdy już przybył pozwolił mi spędzić noc w domu przeznaczonym do rozbiórki. W domu czasowo mieszka miejscowy bezdomny - pan Marian. Ma dość specyficzny język: „A herbatu to byś się nie napiła”. Mimo że prosty umysł to rozmawiamy do późnych godzin w przerwach oglądamy czarno-białe „Gwiazdy tańczą na lodzie”. Idę spać!
Dzień trzeci
Pobudka o 6.27. Marian już nie śpi i pyta: „Zaparzyć herbatu?”. Dwie minuty przed siódmą wychodzę na mszę bo do kościoła bliziutko. Po mszy jeszcze śniadanie z panem Marianem. Jeszcze krótka rozmowa, moja obietnica, że wrócę kiedyś pogadać… Dziękuję też księdzu proboszczowi za gościnę i ruszam w drogę… Uhh… ciężko się jedzie, jest wilgotno a droga znowu pnie się w górę. W Rakowie robię zdjęcie „Placu korzonków”. Z trudem docieram do miejsca obozowego w Chańczy. Troszkę lasu wycięto, nasza obozowa stołówka niemal doszczętnie zniszczona, w jej ruinach jem drugie śniadanie i ruszam w dalszą drogę. Jedzie mi się dzisiaj bardzo ciężko. Z trudem pedałuję, mijając kolejne miejscowości. W Chmielniku zakupy w aptece bo czuję że coś mnie „bierze”. Koło miejscowości Kije zrobiło mi się słabo… obejrzałem się i zobaczyłem uśmiechniętego Kryzysa siedzącego na bagażniku. Zsiadłem z roweru i położyłem się w trawie, przy drodze. Jakaś staruszka którą wcześniej wyprzedzałem podeszłą i spytała czy wszystko w porządku. Nie do końca zgodnie z prawdą odpowiedziałem że tak. Spytała się skąd jestem, a potem za co taką karę mam (nie uwierzyła że pojechałem sobie na taką wycieczkę dla przyjemności). Troszkę wypoczęty ruszam dalej w stronę Jędrzejowa. Nawet dobrze mi się jedzie, w Jędrzejowie chcę coś zjeść… głód wbrew pozorom dodaje mi sił. Co to!? Mołdawia?! W całym Jędrzejowie czynne są tylko wypełnione po brzegi bary piwne. No trudno jadę dalej. Jeeeest! Napis: Zajazd -> 500m… No nie… no nie.. (***) W zajeździe odbywa się wesele… Parę kilometrów dalej w barze zamawiam dwie porcje bigosu, trzeciej też bym podołał… Ale dwie wystarczają. Dalej jedzie mi się dużo lepiej. Słońce już zachodzi gdy skręcam z drogi krajowej w stronę Kossowa (przez 2 „s”!). Jak zwykle udaję się do księdza. On kieruje mnie do dworku, muszę się cofnąć 2 km. Po ciężkiej rozmowie z Panią Dyrektor i wczasowiczami, podczas której dowiaduję się że jestem z bandyckiego miasta i dzielnicy w której znajduje się martwe noworodki w beczkach udaje mi się załatwić nocleg. Tanio - 7 zł. Wszystkie pokoje mają nazwy - imiona świętych, mnie się trafia św. Agnieszka. Łóżko jest szerokie i wygodne, co dobrze mi robi bo poprzednią noc spędziłem na twardej podłodze. Błyskawicznie zasypiam.
Dzień czwarty
Wstaję, myję się, robie sobie herbatę i przed siódmą wyruszam w dalszą drogę. Dziś chcę dojechać do Łodzi.Od samegom początku towarzyszy mi deszcz. Dlatego też szkołę i jej okolice w Radkowie oglądam tylko pobieżnie. We Włoszczowie, na przystanku za pomocą roweru płaszcza przeciwdeszczowego buduję parawan za którym zmieniam spodnie na dresy - mokre bojówki ważą ok. 3-4 kg. Na dres zakładam nieprzemakalne spodnie. Ruszam dalej, cały czas pada… Powoli mijam kolejne mejscowości. Kiedy zatrzymuję się na posiłek przy drodze wszyscy kierowcy ujrzawszy mnie zwalniają… Panowie! To że ktoś w czarnej kurtce i żółtej odblaskowej stoi za zakrętem schowany za drzewem to wcale nie znaczy że jest z drogówki… W jakiejś wsi za Przedborzem dopada mnie burza, i dwugodzinna ulewa. Spędzam ją na przystanku. Zakładam ostatnie suche skarpety, na nie worki foliowe i czekam… Ruszam. Razem ze mną jedzie Kryzys, trochę się do niego przyzwyczaiłem więc jedziemy razem i wzajemnie sobie nie przeszkadzamy. Pedałuję raczej z przyzwyczajenia niż z chęci przemieszczania się. I tak mijam Włodzimierzów, potem Wolbórz. A potem Kryzys się przesiada z bagażnika na kierownicę i patrzy mi prosto w oczy… W Babiej Górze podczas kolejnej burzy nie wytrzymuję tego szyderczego spojrzenia i po przejechaniu 435 km w 4 dni dzwonię po tatę… Niedosyt pozostaje, ale to dobrze…
(całość była pisana „na żywo” w trakcie podrózy - rękopis dostępny u Krzycha:)